Szkodniki i choroby na orzechu włoskim

Nasz orzech włoski przetrwał bez problemu wiosenne przymrozki tylko dlatego, że późno rozpoczął wegetację. Ale teraz dostał w kość z powodu suszy przerywanej gwałtownymi ulewami.

Do wymęczonego dobrały się  zdobniczki orzechowe. Mszyce są prawie niewidoczne. Gdyby nie to, że trudno było nie zauważyć ogromnych, czarnych mrówek, które pracowicie pilnowały pastwiska zdobniczek, pewnie o niczym jeszcze długo byśmy nie wiedzieli.

 

 

 Ale mszyce to początek złego. Na liściach jest też mączniak prawdziwy. Łatwo go rozpoznać po licznych, jasnych, żółtych  kropkach widocznych wzdłuż nerwów, na wierzchniej stronie liście.

Ale to jeszcze nie koniec...

 

 

Te jasne wypukłe pęcherze na liściach to objaw żerowania szpeciela pliśniowca orzechowego. Ten pajęczak na szczęście u dorosłego drzewa nie jest zbyt niebezpieczny. Ale gdy jest go nadmiar, trzeba zwalczać.

Ale i to jeszcze nie koniec. Te wżery widoczne na lewym liściu to skutek działania zwojkówki liściowej i tak trwałych, że ubiegłoroczne są w tej chwili jeszcze miękkie.

Niestety nie wiemy jaka to odmiana, bo siewkę dostaliśmy 20 lat temu.

A wracając do szkodników, najgorsze są mrówki, które przy silniejszych powiewach wiatru spadają na plecy i głowę. Małe nasilenie mączniaka to nie problem, bo rozwija się tylko na mocno ocienionych liściach. Wystarczy więc drzewo prześwietlić, a resztę pracy wykona słońce.

Kiedy prześwietlić?  Starzy ogrodnicy radzą wybrać początek sierpnia, gdyż wówczas istnieje najmniejsze zagrożenie infekcjami. Ale sierpień to także ryzyko przemarznięcia... gdyby zima zbyt szybko nadeszła, bo pobudzone drzewo wyda nowe pędy i mogą nie zdążyć zdrewnieć. Zimy na szczęście mamy ostatnio dopiero po nowym roku.

Gąsienice, mszyce, szpeciele... dużo szkód dorosłemu drzewu nie wyrządzą. Ale gdybyśmy zauważyli nadmierne ich szkodzenie, to wystarczy oprysk 50 krotnie rozcieńczoną fermentującą gnojówką z pokrzywy. A gdy zapach nas odstręcza ( straszny odór) można na litr wody dać łyżeczkę płynu do zmywania naczyń. Powinno też pomóc przynajmniej na gąsienice i mszyce. A gdy one znikną to i mrówek nie będzie. Liście ze szpecielami - jeżeli musimy - możemy obrywać i palić.

fot. sabina zając

Ekologiczne sposoby na suszę... bo już jest a będzie gorzej

fot. sabina zając

 

Są naturalne sposoby by poradzić sobie z już istniejącą i jeszcze nadchodzącą suszą, a przynajmniej ograniczyć jej skutki. Często nawet podlewanie nie jest potrzebne, chociaż temperatury mają przekraczać 30 st. C. I ulewne burze sytuacji nie poprawiają, bo ziemia nie jest w stanie w krótkim czasie przyjąć tak dużej ilości wody, która spływa nie wnikając do gleby.

Ale nie marnujmy czasu. Oto sposoby.

Gleba wchłania/wdycha wodę w nocy. W ciągu dnia ją odparowuje. Jeżeli zatem rośliny są przyzwyczajone do systematycznego podlewanie, róbmy je jak najpóźniej, tak by korzenie nagromadziły zapas.

Podlewamy tylko intensywnie, czyli dużo, ale rzadko. Roślina jest mądra i szybko uczy się gospodarki wodnej. Częste podlewanie ją demoralizuje, co przekłada się na to, że nie gromadzi zapasów pewna, że za chwilę znowu zostanie nawodniona.

Przed burzą lekko wzruszamy ziemię, na głębokość 3 - 5 cm. Ziemia łatwiej wchłonie wodę.

Ściółkowanie pozwala zmniejszyć odparowanie wody, ale w czasie długotrwałych  opadów przyciąga ślimaki. Dlatego ściółkę, jeżeli to możliwe, zdejmujemy przed deszczem. Poza tym systematycznie odwracamy, szczególnie zwartą np. z trawy, by nie gniła.

Trawnik jest pożeraczem wody. Im niższy tym mniej zabiera jej pozostałym roślinom. Kilkucentymetrowy zabiera wodę nawet do 40 cm. Tniemy go więc  krótko, by nie stanowił konkurencji dla innych roślin, ale jeżeli jest ozdobny utrzymujemy wysokość do 5 cm, bo krótszy szybko zaschnie.

Osłabiamy parowanie ziemi zostawiając skoszoną trawę na trawniku.

Rozkładając skoszoną trawę wokół roślin zapewniamy im wilgoć.

Jeżeli podlewamy rośliny to tylko doglebowo, najlepiej kropelkowo.

W małym ogrodzie możemy cieniować rośliny osłaniając je włókniną w czasie najwyższych temperatur.

Przepis na domowe nicienie

fot. sabina zając

 W walce ze szkodnikami najgorsze są opryski chemiczne, bo szkodzą całemu środowisku. Można stosować ekologiczne opryski, albo ... pasożyty owadów. Taką rolę pełnią nicienie.

To pasożyty najróżniejszych szkodników. Ich larwy wnikają do organizmu  np. opuchlaka, stonki, gąsienicy bielinka, muchówki itp. , a następnie uwalniają bakterie powodujące śmierć nosiciela. Potem opuszczają martwego żywiciela i błyskawicznie mnożąc się atakują kolejne, żywe. Takie pożyteczne nicienie można wyhodować samodzielnie. Sposób opisuje Andrzej Bednarek, w pierwszej chyba po polsku pracy propagującej metodę biodynamiczną w ogrodzie. Książka nazywa się: Zdrowe plony z działki i ukazała się w 1991 r. 

Oto metoda:

Łapiemy larwy szkodnikówi np. gąsienice owrzodka konwaliowego (to one są na zdjęciu) i wkładamy je do podziurkowanego pudełka, które zamykamy i zakopujemy w ziemi na głębokości 5 - 10 cm. Po około 8 - 10 dniach wykopujemy pudełko. Część szkodników będzie martwych. Wybieramy je i kładziemy na wilgotnej gazie lub bibule, w jakimś słoiku. Trzymamy tak kilka dni utrzymując cały czas wilgoć. Potem dokładamy do słoika żywe, aktywne szkodniki. Powinny szybko poumierać. Wówczas zakopujemy je w najbardziej zagrożonych miejscach w ogrodzie, gdyż w ich martwych ciałach powinny być całe kolonie intensywnie mnożących się nicieni.

W przypadku stonki problem ze złapaniem będzie niewielki. Gorzej, jeżeli będziemy w ten sposób chcieli wyniszczyć turkucie podjadki. Ich larwy żerują bowiem nocą. Polować trzeba by na nie z latarką.

Metoda jest nieco kłopotliwa, ale działa długotrwale. Niestety określone gatunki nicieni atakują tylko ulubione przez siebie szkodniki. Co ma jednak ważną zaletę: nie zabiją pożytecznych organizmów.

Rustykalne sentymenty... czyli ogród bez chemii, sztucznego nawadniania i nawozów

 

Ta motyka jest jednym z wielu narzędzi ogrodowych jakie pozostały nam w spadku po poprzednich właścicielach i po rodzicach, którzy używali ich na działce pracowniczej. Mamy jeszcze graczkę, kosę, wielką, metrową piłę dwuręczną i wiele innych pozostawionych dla pamięci poprzednich pokoleń. Ale tak na co dzień w półhektarowym ogrodzie musimy używać tego co pozwala szybko i skutecznie pracować, bo na pielęgnację mamy jeden dzień w tygodniu. W pozostałe pracujemy daleko od ogrodu.

 

 

Gdy zakładaliśmy ogród szukaliśmy roślin oryginalnych, ładnych, modnych, egzotycznych. To było 20 lat temu. Z tych niedostosowanych do klimatu i miejsca okazów niewiele pozostało. Z drzew chyba tylko magnolia parasolowata i klon strzępokory. Z bylin: akant, który nieznanym nam sposobem radzi sobie z klimatem centralnej Polski i dyptam czyli krzew mojżeszowy. Trochę egzotyki jednak zostało, głównie w grupie iglaków. A my zaczęliśmy doceniać rodzime lub zadomowione w Polsce gatunki. Ale podstawą stały się rodzime brzozy i jej różne obce gatunki, klony - za wyjątkiem zbyt wymagających  japońskich, no i liczna grupa lilaków - każdy inny.

 

 

Gdy w naszej wsi lokalsi budowali domy tak, by były jak najbardziej miejskie, z saidingiem, balkonami itp... my w starym, z lat 50-tych, domku z pustaków zrobiliśmy jedno ustępstwo na rzecz plastykowych, dużych okien, które zastąpiły małe, drewniane. To było wiele lat temu, a my do tej pory żałujemy tamtej decyzji. Została stodoła, obórka z kamienia polnego i cegły, a przede wszystkim duża piwniczka ziemna, która od strony ogrodu wygląda jak duży skalniak.

 

 

Przez wiele lat systematycznie staraliśmy się podlewać cały ogród. Woda lała się na okrągło w każdy weekend i w każdy urlop. A sołtys się śmiał, że w całej wsi najwyższe rachunki płacimy. Do tego chyba wszystkie krety z okolicy do nas przychodziły. Aż przestaliśmy podlewać. Nie od razu. Po pierwsze sadziliśmy każdą roślinę dodając najpierw potwornie drogiego hydrożelu, a potem znacznie tańszego bentonitu. Poza tym wszystkie rośliny intensywnie ściółkowaliśmy najpierw kupną korą, potem własną pseudo-korą uzyskiwaną dzięki ślimakowemu rozdrabniaczowi, a także koszoną trawą. Trawa przy okazji doskonale się rozkładała nawożąc rośliny. Ziemia pod trawą robiła się pulchna. Wda ściółkowania trawą? Pomijając estetykę, to jedna: błyskawicznie zaczęły rosnąć pokrzywy i przytulia czepna - jedno i drugie lubi azot w ziemi. Złość nas na te chwasty brała, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że pokrzywa jest doskonałym nawozem, lepszym od obornika, a przytulia cennym ziołem. Jak podaje  Henryk Różański, fitoterapeuta, pomaga ona na:  zastoje żółci, kamica żółciową, zaburzenia trawienne, nieżyt jelit i żołądka, chorobę wrzodowa, zmniejszoną krzepliwość krwi, schorzenia wątroby i dziąseł, hemoroidy, miażdżycę, niestrawność, dnę, reumatyzm, zatrucia i jeszcze trochę. No to teraz traktuję przytulę jako stałe źródło surowca do zielarskiej apteczki.

 

 

Lubimy gdy budzi nas śpiew ptaków. Ptaki też traktują ogród jak wielkie pastwisko. Szczególnie rankami jest ich ogromna ilość. To się cieszymy jak pasą się na grządkach i trawniku wyjadając różne szkodniki. Reszty, takich jak mszyce, przędziorki, turkucie, chrząszcze pozbywamy się stosując opryski wrotyczem lub kiszonką z nikotyny pozyskiwanej z naturalnego tytoniu, bez dodatku chemii, najłatwiej zdobywanego u przemytników.

 

 

 Rzadko spacerujemy wspólnie po ogrodzie. Od świtu do zmroku pracujemy, by przez ten jeden dzień w tygodniu zrobić najpilniejsze prace. Czasem siadamy nad stawem. Cały rok pływają w nim ryby, są dziesiątki żab, po ogrodzie powoli drepczą licznie osiadłe ropuchy, a nad wodą latają drapieżne ważki...

Tęsknimy za psem, który odszedł. Gdy odwiedzają nas dzieci z  psim wnuczkiem, pozwalamy mu na wszystko.

fot. sabina i marta zając

Uwaga! Poskrzypek wyjada lilie

 fot. sabina zając

Poskrzypek liliowy jest piękny. Piękniejszy nawet od biedronki ze swoim jaskrawoczerwonym, metalicznym pancerzykiem. A nazwę zawdzięcza specyficznej reakcji na zagrożenie: pociera odwłokiem o pokrywy na tyle głośno, że słychać głośne skrzypienie. Ale niestety potrafi on i jego larwy zniszczyć całe liście lilii. Jak go nie zauważymy, chociaż to trudne, to łatwo odnajdziemy ślady żerowania po dziurach wygryzionych w liściach. Szlachetną lilię potrafi ogołocić. Możemy poskrzypka wyłapywać, ale to trudne, bo szybko biega. Możemy usuwać czerwone jajeczka widoczne na spodzie liści, ale przy masowym ataku to bardzo pracochłonne.

Ponieważ poskrzypek to kuzyn stonki, ja bez skrupułów niszczę go kiszonką z tytoniu (niedopałki z papierosów zalewam wodą i czekam aż płyn sfermentuje). Można też używać wywaru lub wyciągu z tytoniu. Jest to koniecznie, szczególnie że poskrzypek  niszczy nie tylko lilie, ale także szachownice, kokoryczki i konwalie. A w tym roku poskrzypki pojawiły się bardzo licznie. Dlatego zabieg będę powtarzał co tydzień.