Nasz ogród jest naturalny... prawie. Wiejski... za wyjątkiem pewnych szczegółów. Swojski, z roślinami polskimi, chociaż zdarzają się i obce, ale udomowione.

W niektórych sytuacjach poszliśmy na kompromis.

 

 

 Ten mały domek to wejście do piwniczki ziemnej, betonowej, bo tak już było zastane. Ale beton zasypaliśmy ziemią i powstał naturalny skalniak.

Domek pokryty onduliną, bo tania, można ją samemu położyć, a do tego przypomina starą płytę falistą, którą zastąpiła.

Płyty chodnikowe są kompromisem między brodzeniem w błocie, a chodzeniem raczej suchą nogą. Płytki są małe i tak położone, by było miejsce na trawę. Sprawia ona nieco kłopotu, ale za to jest nieco naturalniej.

 

 

 A to już widok zza drewnianego płotu. Sąsiad bociek odwiedził nas pierwszy raz. Radość wielka. Chcieliśmy też bociana zaprosić do ogrodu, ale żal nam się zrobiło żyjących w stawie żab i ryb, do których już i tak dobierają się dzikie kaczki.

 

 

 Staw wykładany folią to duże ułatwienie pracy przy jego budowie. Ale Hubert - pies dzieci, nie mógłby w nim brodzić. Zrobiony jest zatem z jednowarstwowej wylewki betonowej, z łagodnymi brzegami, by pies mógł łagodnie zejść do wody. Polne kamienie zebrane za płotem to sposób na ukrycie betonu, ale także miejsce w którym w sposób naturalny rozwijają się rośliny wodne i bagienne. Teraz ich nie ma, bo kamienie dopiero co ułożone po koniecznej renowacji stawu.

 

 

 Nie lubimy wycinać drzew. Ale czasem zostają pniaki po starych obumarłych. Czekamy aż nadgniją, a potem autko z wyciągarką okazuje się niezastąpione.

 

 

 Na pierwszym planie lepiężnik... japoński, pstrolistny. Z jednej sadzonki w ciągu trzech lat zrobiło się poletko. Lepiężnik jest jadalny, a do tego rozrasta się w sposób naturalny, bo posadziliśmy go w cieniu leszczyn, tuż przy kompostowniku. Ma więc naturalne zasilanie. Pstre liście tak nas zachwyciły, że zaakceptowaliśmy japońskość, a było to tym łatwiejsze, że w ogrodzie mamy jeszcze lepiężniki pospolite, różowe, rodzime.

Z tyłu kolejne ustępstwo czyli magnolia, ale kwitnie tak pięknie że ulegliśmy.

 

 

A przy kamiennym budynku gospodarczym długo podziwialiśmy zaschniętą, kilkudziesięcioletnią robinię. Obrosła trzmieliną pnącą. Teraz, gdy po wichurach przechyliła się na kamienny budynek gospodarczy, obcięliśmy całą koronę, ale zastąpiły ją wiotkie gałęzie trzmieliny z wiecznie zielonymi listkami. A przed drzewem pięknie rozrasta się nasz lepiężnik różowy, pospolity, a niepospolicie piękny.

fot. sabina zając