Ta motyka jest jednym z wielu narzędzi ogrodowych jakie pozostały nam w spadku po poprzednich właścicielach i po rodzicach, którzy używali ich na działce pracowniczej. Mamy jeszcze graczkę, kosę, wielką, metrową piłę dwuręczną i wiele innych pozostawionych dla pamięci poprzednich pokoleń. Ale tak na co dzień w półhektarowym ogrodzie musimy używać tego co pozwala szybko i skutecznie pracować, bo na pielęgnację mamy jeden dzień w tygodniu. W pozostałe pracujemy daleko od ogrodu.

 

 

Gdy zakładaliśmy ogród szukaliśmy roślin oryginalnych, ładnych, modnych, egzotycznych. To było 20 lat temu. Z tych niedostosowanych do klimatu i miejsca okazów niewiele pozostało. Z drzew chyba tylko magnolia parasolowata i klon strzępokory. Z bylin: akant, który nieznanym nam sposobem radzi sobie z klimatem centralnej Polski i dyptam czyli krzew mojżeszowy. Trochę egzotyki jednak zostało, głównie w grupie iglaków. A my zaczęliśmy doceniać rodzime lub zadomowione w Polsce gatunki. Ale podstawą stały się rodzime brzozy i jej różne obce gatunki, klony - za wyjątkiem zbyt wymagających  japońskich, no i liczna grupa lilaków - każdy inny.

 

 

Gdy w naszej wsi lokalsi budowali domy tak, by były jak najbardziej miejskie, z saidingiem, balkonami itp... my w starym, z lat 50-tych, domku z pustaków zrobiliśmy jedno ustępstwo na rzecz plastykowych, dużych okien, które zastąpiły małe, drewniane. To było wiele lat temu, a my do tej pory żałujemy tamtej decyzji. Została stodoła, obórka z kamienia polnego i cegły, a przede wszystkim duża piwniczka ziemna, która od strony ogrodu wygląda jak duży skalniak.

 

 

Przez wiele lat systematycznie staraliśmy się podlewać cały ogród. Woda lała się na okrągło w każdy weekend i w każdy urlop. A sołtys się śmiał, że w całej wsi najwyższe rachunki płacimy. Do tego chyba wszystkie krety z okolicy do nas przychodziły. Aż przestaliśmy podlewać. Nie od razu. Po pierwsze sadziliśmy każdą roślinę dodając najpierw potwornie drogiego hydrożelu, a potem znacznie tańszego bentonitu. Poza tym wszystkie rośliny intensywnie ściółkowaliśmy najpierw kupną korą, potem własną pseudo-korą uzyskiwaną dzięki ślimakowemu rozdrabniaczowi, a także koszoną trawą. Trawa przy okazji doskonale się rozkładała nawożąc rośliny. Ziemia pod trawą robiła się pulchna. Wda ściółkowania trawą? Pomijając estetykę, to jedna: błyskawicznie zaczęły rosnąć pokrzywy i przytulia czepna - jedno i drugie lubi azot w ziemi. Złość nas na te chwasty brała, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że pokrzywa jest doskonałym nawozem, lepszym od obornika, a przytulia cennym ziołem. Jak podaje  Henryk Różański, fitoterapeuta, pomaga ona na:  zastoje żółci, kamica żółciową, zaburzenia trawienne, nieżyt jelit i żołądka, chorobę wrzodowa, zmniejszoną krzepliwość krwi, schorzenia wątroby i dziąseł, hemoroidy, miażdżycę, niestrawność, dnę, reumatyzm, zatrucia i jeszcze trochę. No to teraz traktuję przytulę jako stałe źródło surowca do zielarskiej apteczki.

 

 

Lubimy gdy budzi nas śpiew ptaków. Ptaki też traktują ogród jak wielkie pastwisko. Szczególnie rankami jest ich ogromna ilość. To się cieszymy jak pasą się na grządkach i trawniku wyjadając różne szkodniki. Reszty, takich jak mszyce, przędziorki, turkucie, chrząszcze pozbywamy się stosując opryski wrotyczem lub kiszonką z nikotyny pozyskiwanej z naturalnego tytoniu, bez dodatku chemii, najłatwiej zdobywanego u przemytników.

 

 

 Rzadko spacerujemy wspólnie po ogrodzie. Od świtu do zmroku pracujemy, by przez ten jeden dzień w tygodniu zrobić najpilniejsze prace. Czasem siadamy nad stawem. Cały rok pływają w nim ryby, są dziesiątki żab, po ogrodzie powoli drepczą licznie osiadłe ropuchy, a nad wodą latają drapieżne ważki...

Tęsknimy za psem, który odszedł. Gdy odwiedzają nas dzieci z  psim wnuczkiem, pozwalamy mu na wszystko.

fot. sabina i marta zając