fot. sabina zając

 

Trochę trzeba było się wspiąć by przyciąć tę brzozę. Zabieg był konieczny, bo zaczynała wchodzić na przecinającą ogród linię wysokiego napięcia. Ale termin cięcia wybraliśmy nieprzypadkowy, tak by drzewu wyrządzić jak najmniejszą krzywdę.

A skoro już trzeba było znaleźć się kilka metrów nad ziemią, to tylko z zabezpieczeniem. Przede wszystkim z asystą, gdyby przyszło nam do głowy by spaść. Tu asystentką była żona, ufna w moje umiejętności, czekała z aparatem, bo może jednak spadnę. Gdyby tak się stało, zdjęcia na pierwszą stronę gazet, a przy okazji ma kto zadzwonić po pogotowie.

Miałem kiedyś uprząż alpinistyczną, idealną w takiej wspinaczce. Niestety ukradli. A więc został zwykły pas biodrowy, taki od budowlańców, mocna lina i dwa karabinki do szybkiego przepięcia. Asekuracją był gruby konar tuż pod miejscem cięcia. Gdyby drabina odpadła, lub zrzuciła mnie z niej cięta gałąź, daleko bym nie poleciał.

Dodatkowa asekuracja to drabina ustawiona po przeciwnej stronie niż prowadzone cięcie. Mniej wygodne, ale bezpieczniej.  Piszę może o oczywistościach, ale moi znajomi alpiniści zginęli nie w wysokich górach, ale w podobnych, idiotycznych okolicznościach.

Jeżeli przycinać drzewa, to zawsze latem. Taką zasadę stosujemy od wielu lat. Przedwiosenne cięcia odrzuciliśmy, bo zimy są u nas coraz bardziej nieprzewidywalne. Wiosenne są ryzykowne z powodu największego zagrożenia chorobami grzybowymi, a także osłabienia roślin w czasie gdy najintensywniej krążą soki. Nie lubimy też tzw. wilków, czyli dzikich pędów, trudnych do skontrolowania.

Latem, szczególnie w lipcu, drzewa weszły już z fazy wzrostu do stabilizacji. Dlatego nie wybijają nowymi, silnymi pędami. U niektórych gatunków letnie cięcie powoduje jednak powstanie nowych przyrostów np. płaczącego u wiązu górskiego, czy u katalpy. Ale od lipca do listopada nowe gałązki zdążą zdrewnieć i przymrozki im nie zaszkodzą.