W karczmie  U Eskulapa, w Ustrzykach Górnych spotkaliśmy lisa. Przemykał miedzy stolikami niezbyt bojąc się ludzi. Przegonił rudego inny rudzielec: kot, który ani myślał dzielić się resztkami ze stołów.

 

 fot. sabina zając

Dzień wcześniej kilka kilometrów od rezerwatu torfowisk i granicy z Ukrainą, tuż przy asfaltowej drodze wylegiwała się leniwie wataha wilków. Gdy zatrzymaliśmy samochód, niespiesznie odeszły. Właściciel pobliskiej stadniny hucułów  twierdził, że koni nie atakują, bo po co, skoro w lesie mają dostatek ogłupiałych łani.

Zetknęliśmy się też prawie oko w oko z niedźwiedziem, który siedział w krzakach na trasie między Soliną a Ustrzykami Dolnymi i podglądał kierowców.Spłoszył się dopiero, gdy zaczęli gwałtownie hamować. Nie chciał pozować do pamiątkowych zdjęć.

 

fot. sabina zając

Gdy w naszym ogrodzie kuna wyjadła filcową podbitkę pod maską samochodu, a jej młode ganiały się po ogrodzie, niespecjalnie się zdenerwowałem. W ekologicznym ogrodzie człowiek jest na takich samych prawach jak wszystkie inne, żyjące istoty. Sztuki współistnienia uczyć się nam od bieszczadzkich ludzi. Czasem to trudne, bo niekiedy  lisy, kuny, łasice, dzikie koty, krety  są  jak szkodniki i trzeba je odpędzać. Ale wielokrotnie tego dobra w ogrodzie jest tyle, że można się podzielić i nie wchodzić sobie w drogę.