fot. sabina zając

 

Na zebranie wszystkich dnia by nie wystarczyło. Dlatego tylko w ramach zielarskiej rozgrzewki, do zamrażalnika wrzuciłem foliówkę lubczyka i drugą, ze świeżymi listkami szałwii. Mrożone są dla mnie lepsze niż suszone, a sukcesywnie zbierając zrobię zapas na rok.

Glistnik już dojrzał do zbioru. Paluchy ubrudziłem trudnym do zmycia żółtym sokiem, ale warto nie tylko na żółć,  także dla uspokojenia, gdy mam stan zapalny, obrzęki, wirusy, ale też działa lekko  rozweselająco. Tyle, że nie jest to zioło bezpieczne. W Polsce nie jest - o ile się orientuję - oficjalnie dopuszczone do sprzedaży. Ale stosuje się je często, a więc ja suszę, na razie na zapas.

Nad piecem powiesiłem też miętę. Dla trawienia przede wszystkim. Dla smaku herbaty, dla aromatu.Ale pomocna także przy kaszlu, lekkich stanach zapalnych, zgadze...

Kolejne ziółko nad piecem to bodziszek. Zbieram go zawsze w czasie kwitnienia. Obniża poziom cukru we krwi, chroni wątrobę, działa przeciwzapalnie, odtruwa. Wystarczy tych zalet.

W mniejszym koszyku pączki jabłoni, doskonałe do herbaty. Już wkrótce zastąpią je liście nie dosyć że smaczne to ze sporą ilością rutyny, są przeciwzapalne, moczopędne a więc odtruwające, likwidują wolne rodniki.

W większym koszyku, stojącym na piecu, na zmielenie czeka kora wierzby, bo zastępować nią aspirynę.

A na murku słoik z dopiero co zebranymi kwiatami lilaka. Zgodnie z radami fachowców, po dobie włożyłem je do ciepłego piekarnika... będzie herbatka kwiatowa.

fot. sabina zając

 

Nie tylko na lipach, ale na olchach, klonach, orzechach, porzeczkach pojawiają się teraz dziwne, często bardzo kolorowe wyrostki. To obraz żerowania pajęczaków, szpecieli.

Do najładniejszych należy różkowiec lipowy. Czerwone wyrostki na liściach to skutek enzymów jakie szpeciel wprowadza do liścia. Bardzo je niestety w ten sposób osłabia. Mają problem z przyswajaniem chlorofilu. Szybciej zasychają i opadają.

Szpeciele nie niszczą roślin, ale je znacznie osłabiają. Gdy jest ich niewiele, wystarczy zdjąć zaatakowane liście i je spalić. Można je też opryskać wyciągiem  z rumianku lub krwawnika, albo herbatą. Można też użyć innego naturalnego preparatu przeznaczonego dla szkodników ssaco-gryzących.

Nasz ogród jest naturalny... prawie. Wiejski... za wyjątkiem pewnych szczegółów. Swojski, z roślinami polskimi, chociaż zdarzają się i obce, ale udomowione.

W niektórych sytuacjach poszliśmy na kompromis.

 

 

 Ten mały domek to wejście do piwniczki ziemnej, betonowej, bo tak już było zastane. Ale beton zasypaliśmy ziemią i powstał naturalny skalniak.

Domek pokryty onduliną, bo tania, można ją samemu położyć, a do tego przypomina starą płytę falistą, którą zastąpiła.

Płyty chodnikowe są kompromisem między brodzeniem w błocie, a chodzeniem raczej suchą nogą. Płytki są małe i tak położone, by było miejsce na trawę. Sprawia ona nieco kłopotu, ale za to jest nieco naturalniej.

 

 

 A to już widok zza drewnianego płotu. Sąsiad bociek odwiedził nas pierwszy raz. Radość wielka. Chcieliśmy też bociana zaprosić do ogrodu, ale żal nam się zrobiło żyjących w stawie żab i ryb, do których już i tak dobierają się dzikie kaczki.

 

 

 Staw wykładany folią to duże ułatwienie pracy przy jego budowie. Ale Hubert - pies dzieci, nie mógłby w nim brodzić. Zrobiony jest zatem z jednowarstwowej wylewki betonowej, z łagodnymi brzegami, by pies mógł łagodnie zejść do wody. Polne kamienie zebrane za płotem to sposób na ukrycie betonu, ale także miejsce w którym w sposób naturalny rozwijają się rośliny wodne i bagienne. Teraz ich nie ma, bo kamienie dopiero co ułożone po koniecznej renowacji stawu.

 

 

 Nie lubimy wycinać drzew. Ale czasem zostają pniaki po starych obumarłych. Czekamy aż nadgniją, a potem autko z wyciągarką okazuje się niezastąpione.

 

 

 Na pierwszym planie lepiężnik... japoński, pstrolistny. Z jednej sadzonki w ciągu trzech lat zrobiło się poletko. Lepiężnik jest jadalny, a do tego rozrasta się w sposób naturalny, bo posadziliśmy go w cieniu leszczyn, tuż przy kompostowniku. Ma więc naturalne zasilanie. Pstre liście tak nas zachwyciły, że zaakceptowaliśmy japońskość, a było to tym łatwiejsze, że w ogrodzie mamy jeszcze lepiężniki pospolite, różowe, rodzime.

Z tyłu kolejne ustępstwo czyli magnolia, ale kwitnie tak pięknie że ulegliśmy.

 

 

A przy kamiennym budynku gospodarczym długo podziwialiśmy zaschniętą, kilkudziesięcioletnią robinię. Obrosła trzmieliną pnącą. Teraz, gdy po wichurach przechyliła się na kamienny budynek gospodarczy, obcięliśmy całą koronę, ale zastąpiły ją wiotkie gałęzie trzmieliny z wiecznie zielonymi listkami. A przed drzewem pięknie rozrasta się nasz lepiężnik różowy, pospolity, a niepospolicie piękny.

fot. sabina zając

 

 

 fot. sabina zając

Poskrzypka liliowa jest piękna. Piękniejsza nawet od biedronki ze swoim jaskrawoczerwonym, metalicznym kolorem. A nazwę zawdzięcza specyficznej reakcji na zagrożenie: pociera odwłokiem o pokrywy na tyle głośno, że słychać głośne skrzypienie. Ale niestety potrafi ona i jej larwy zniszczyć całe liście lilii, szachownicy. Jak jej nie zauważymy, chociaż to trudne, to łatwo odnajdziemy ślady żerowania po dziurach wygryzionych w liściach. Szlachetną lilię potrafi ogołocić. Możemy poskrzypki wyłapywać, ale to trudne, bo szybko biegają. Możemy usuwać czerwone jajeczka widoczne na spodzie liści, ale przy masowym ataku to bardzo pracochłonne. Ponieważ poskrzypka to kuzynka stonki, ja bez skrupułów niszczę ją kiszonką z tytoniu (niedopałki z papierosów zalewam wodą i czekam aż płyn sfermentuje). Można też używać wywaru lub wyciągu z tytoniu. Jest to koniecznie, szczególnie że poskrzypka  niszczy nie tylko lilie, ale także szachownice, kokoryczki i konwalie. A w tym roku są bardzo licznie. Dlatego zabieg będę powtarzał co tydzień.

Pogoda wszędzie podła, ale i jej zawdzięczać możemy piękne doświadczenia. Dla nas takim jest niepowtarzalny widok cebulic syberyjskich i śnieżników lśniących... w śniegu. Tak wygląda teraz najpiękniejszy o tej porze park w Łodzi, park biskupa Michała Klepacza.

 

 

Te kwiatki przed pałacykiem to śnieżnik lśniący porastający pół parku - część wschodnią. Kwiatki są błękitne, z jasnym oczkiem i główkami podniesionymi do nieba. Tworzą delikatną, błękitną murawę.

 

 

A to już cebulice syberyjskie, z opuszczonymi główkami, ciemnoniebieskie.

 

 

Cebulice syberyjskie okrywają zachodnią część parku.

Czy jest w tej chwili gdzieś w Polsce piękniejsze miejsce?

fot. sabina zając