fot. sabina zając

 

Kończy się tulipanowy sezon. Cebule można zostawić w ziemi i tak jest najwygodniej, ale będą drobniały, a kwiaty w następnych latach staną się mniej okazałe. Można tę degradację nieco ograniczyć szybko usuwając przekwitłe kwiatostany, a liście dopiero gdy zaschną.

Dla urody kwiatów lepiej jednak cebule wykopywać.

 

 fot. sabina zając

 

Wykopujemy cebule gdy łodygi i liście żółkną, a cebule są już w części brązowe (tak mniej więcej na 1/4 powierzchni). Usuwamy zaschnięte łodygi i korzonki.

Najlepiej suszyć je od 12 do nawet 48 godzin w temperaturze ok. 30 st. C. Przechowujemy je w ażurowych skrzyneczkach, przewiewnych w pomieszczeniach o temperaturze pokojowej, w miejscach gdzie wilgotność jest nie niższa niż 40 procent.

 

 fot. sabina zając

 

 Sadzimy je do gruntu od połowy, a nawet końca  września do nawet końca października. Jeżeli chcemy uchronić je przed nornicami, sadzimy w koszyczkach. Najlepsze jest dla nich nawożenie fosforem na ziemi ciężkiej lub potasem na ziemiach lekkich. Dobrze przed sadzeniem zasilić ziemię ziemią okrzemkową lub siarczanem magnezowym.

 

fot. sabina zając

Zawitała nad staw pierwsza w tym roku ważka, płaskobrzucha, jedna z tych większych i na tyle pewnych siebie, że nie ucieka przed aparatem. To samczyk o niebieskim ubarwieniu. Dzięki niemu i jemu podobnym nie mamy nad stawem problemów z komarami. Nieraz widzimy jak te płaskobrzuchy pilnują swojego terytorium i naparzają się z innymi samcami. Ale szczęśliwie przez lato ważek jest tak dużo, że nie tylko komary ale i muchy najprzeróżniejsze nad wodą nam nie przeszkadzają, co nie znaczy niestety, że w reszcie ogrodu nie grasują.

Ważki mają u nas w stawie dobrze, bo woda nie jest krystalicznie czysta. Ich larwy mają więc gdzie się rozwijać, a to jeszcze groźniejsze drapieżniki niż postać dorosła.

Fascynujące było gdy na parzydle nad stawem udało nam się zaobserwować przeobrażenie larwy w postać dojrzałą.

 

 fot. sabina zając

 

fot. sabina zając

 

Na zebranie wszystkich dnia by nie wystarczyło. Dlatego tylko w ramach zielarskiej rozgrzewki, do zamrażalnika wrzuciłem foliówkę lubczyka i drugą, ze świeżymi listkami szałwii. Mrożone są dla mnie lepsze niż suszone, a sukcesywnie zbierając zrobię zapas na rok.

Glistnik już dojrzał do zbioru. Paluchy ubrudziłem trudnym do zmycia żółtym sokiem, ale warto nie tylko na żółć,  także dla uspokojenia, gdy mam stan zapalny, obrzęki, wirusy, ale też działa lekko  rozweselająco. Tyle, że nie jest to zioło bezpieczne. W Polsce nie jest - o ile się orientuję - oficjalnie dopuszczone do sprzedaży. Ale stosuje się je często, a więc ja suszę, na razie na zapas.

Nad piecem powiesiłem też miętę. Dla trawienia przede wszystkim. Dla smaku herbaty, dla aromatu.Ale pomocna także przy kaszlu, lekkich stanach zapalnych, zgadze...

Kolejne ziółko nad piecem to bodziszek. Zbieram go zawsze w czasie kwitnienia. Obniża poziom cukru we krwi, chroni wątrobę, działa przeciwzapalnie, odtruwa. Wystarczy tych zalet.

W mniejszym koszyku pączki jabłoni, doskonałe do herbaty. Już wkrótce zastąpią je liście nie dosyć że smaczne to ze sporą ilością rutyny, są przeciwzapalne, moczopędne a więc odtruwające, likwidują wolne rodniki.

W większym koszyku, stojącym na piecu, na zmielenie czeka kora wierzby, bo zastępować nią aspirynę.

A na murku słoik z dopiero co zebranymi kwiatami lilaka. Zgodnie z radami fachowców, po dobie włożyłem je do ciepłego piekarnika... będzie herbatka kwiatowa.

fot. sabina zając

 

Nie tylko na lipach, ale na olchach, klonach, orzechach, porzeczkach pojawiają się teraz dziwne, często bardzo kolorowe wyrostki. To obraz żerowania pajęczaków, szpecieli.

Do najładniejszych należy różkowiec lipowy. Czerwone wyrostki na liściach to skutek enzymów jakie szpeciel wprowadza do liścia. Bardzo je niestety w ten sposób osłabia. Mają problem z przyswajaniem chlorofilu. Szybciej zasychają i opadają.

Szpeciele nie niszczą roślin, ale je znacznie osłabiają. Gdy jest ich niewiele, wystarczy zdjąć zaatakowane liście i je spalić. Można je też opryskać wyciągiem  z rumianku lub krwawnika, albo herbatą. Można też użyć innego naturalnego preparatu przeznaczonego dla szkodników ssaco-gryzących.

Nasz ogród jest naturalny... prawie. Wiejski... za wyjątkiem pewnych szczegółów. Swojski, z roślinami polskimi, chociaż zdarzają się i obce, ale udomowione.

W niektórych sytuacjach poszliśmy na kompromis.

 

 

 Ten mały domek to wejście do piwniczki ziemnej, betonowej, bo tak już było zastane. Ale beton zasypaliśmy ziemią i powstał naturalny skalniak.

Domek pokryty onduliną, bo tania, można ją samemu położyć, a do tego przypomina starą płytę falistą, którą zastąpiła.

Płyty chodnikowe są kompromisem między brodzeniem w błocie, a chodzeniem raczej suchą nogą. Płytki są małe i tak położone, by było miejsce na trawę. Sprawia ona nieco kłopotu, ale za to jest nieco naturalniej.

 

 

 A to już widok zza drewnianego płotu. Sąsiad bociek odwiedził nas pierwszy raz. Radość wielka. Chcieliśmy też bociana zaprosić do ogrodu, ale żal nam się zrobiło żyjących w stawie żab i ryb, do których już i tak dobierają się dzikie kaczki.

 

 

 Staw wykładany folią to duże ułatwienie pracy przy jego budowie. Ale Hubert - pies dzieci, nie mógłby w nim brodzić. Zrobiony jest zatem z jednowarstwowej wylewki betonowej, z łagodnymi brzegami, by pies mógł łagodnie zejść do wody. Polne kamienie zebrane za płotem to sposób na ukrycie betonu, ale także miejsce w którym w sposób naturalny rozwijają się rośliny wodne i bagienne. Teraz ich nie ma, bo kamienie dopiero co ułożone po koniecznej renowacji stawu.

 

 

 Nie lubimy wycinać drzew. Ale czasem zostają pniaki po starych obumarłych. Czekamy aż nadgniją, a potem autko z wyciągarką okazuje się niezastąpione.

 

 

 Na pierwszym planie lepiężnik... japoński, pstrolistny. Z jednej sadzonki w ciągu trzech lat zrobiło się poletko. Lepiężnik jest jadalny, a do tego rozrasta się w sposób naturalny, bo posadziliśmy go w cieniu leszczyn, tuż przy kompostowniku. Ma więc naturalne zasilanie. Pstre liście tak nas zachwyciły, że zaakceptowaliśmy japońskość, a było to tym łatwiejsze, że w ogrodzie mamy jeszcze lepiężniki pospolite, różowe, rodzime.

Z tyłu kolejne ustępstwo czyli magnolia, ale kwitnie tak pięknie że ulegliśmy.

 

 

A przy kamiennym budynku gospodarczym długo podziwialiśmy zaschniętą, kilkudziesięcioletnią robinię. Obrosła trzmieliną pnącą. Teraz, gdy po wichurach przechyliła się na kamienny budynek gospodarczy, obcięliśmy całą koronę, ale zastąpiły ją wiotkie gałęzie trzmieliny z wiecznie zielonymi listkami. A przed drzewem pięknie rozrasta się nasz lepiężnik różowy, pospolity, a niepospolicie piękny.

fot. sabina zając