fot. sabina zając

 

Ograniczamy walkę ze szkodnikami. Ostatnie dwa lata używaliśmy tylko kiszonki z nikotyny na szkodniki i gnojówki z pokrzywy na choroby grzybowe. W tym roku zrezygnowaliśmy także z nikotyny, by nie wytruć owadów pożytecznych. Eksperymentalnie, zastosowaliśmy szkło wodne. Jest ekologiczne. Dopuszczalne nawet do stosowania w kosmetykach i żywności. Ma też dwie ważne zalety: jest lepkie i zawiera krzem.

 

 

 Lepkość jest nam potrzebna do zwalczania ochojników, mszyc i innych podobnych szkodników. Szkło wodne zakleja ich aparaty oddechowe i się duszą. Poza tym na liściach tworzy błonkę, którą mszycom trudno przebić. Ale zbyt gęsta błona udusi także liście. Dlatego zastosowaliśmy roztwór półprocentowy, czyli łyżeczkę od herbaty na litr wody.

Oprysk zrobiliśmy na początku czerwca, na buku purpurowym i wiązie górskim. Po tygodniu nieobecności okazało się, że populacja mszyc na buku zmniejszyła się o 3/4. Podobnie na wiązie. Po powtórzeniu zabiegu, liczba szkodników spadła do ok. 10 proc.

Ten sam zabieg zastosowaliśmy na trzmielinie oskrzydlonej mocno już zaatakowanej przez mszyce. Udało się zatrzymać inwazję, liście zostały uratowane, a nawet zawiązały się owoce.

 

 Szkło wodne pomogło na mszyce. Nie stanowiło jednak żadnej zapory dla chrząszczy. Łatwo przebiły warstwę ochronną i powygryzały liście na wiązie. Drzewo wzmacniamy podlewając gnojówką z pokrzywy. W okresie bezlistnym zastosujemy szkło wodne.

Szkło wodne uchroniło także liście kokoryczki przed inwazją gąsienic owrzódki konwaliowej. Udało się także opanować mączniaka róży.

Eksperyment trwa...

W okresie bezlistnym użyjemy 1,5 procentowego roztworu.

fot. sabina zając

 

Trochę trzeba było się wspiąć by przyciąć tę brzozę. Zabieg był konieczny, bo zaczynała wchodzić na przecinającą ogród linię wysokiego napięcia. Ale termin cięcia wybraliśmy nieprzypadkowy, tak by drzewu wyrządzić jak najmniejszą krzywdę.

A skoro już trzeba było znaleźć się kilka metrów nad ziemią, to tylko z zabezpieczeniem. Przede wszystkim z asystą, gdyby przyszło nam do głowy by spaść. Tu asystentką była żona, ufna w moje umiejętności, czekała z aparatem, bo może jednak spadnę. Gdyby tak się stało, zdjęcia na pierwszą stronę gazet, a przy okazji ma kto zadzwonić po pogotowie.

Miałem kiedyś uprząż alpinistyczną, idealną w takiej wspinaczce. Niestety ukradli. A więc został zwykły pas biodrowy, taki od budowlańców, mocna lina i dwa karabinki do szybkiego przepięcia. Asekuracją był gruby konar tuż pod miejscem cięcia. Gdyby drabina odpadła, lub zrzuciła mnie z niej cięta gałąź, daleko bym nie poleciał.

Dodatkowa asekuracja to drabina ustawiona po przeciwnej stronie niż prowadzone cięcie. Mniej wygodne, ale bezpieczniej.  Piszę może o oczywistościach, ale moi znajomi alpiniści zginęli nie w wysokich górach, ale w podobnych, idiotycznych okolicznościach.

Jeżeli przycinać drzewa, to zawsze latem. Taką zasadę stosujemy od wielu lat. Przedwiosenne cięcia odrzuciliśmy, bo zimy są u nas coraz bardziej nieprzewidywalne. Wiosenne są ryzykowne z powodu największego zagrożenia chorobami grzybowymi, a także osłabienia roślin w czasie gdy najintensywniej krążą soki. Nie lubimy też tzw. wilków, czyli dzikich pędów, trudnych do skontrolowania.

Latem, szczególnie w lipcu, drzewa weszły już z fazy wzrostu do stabilizacji. Dlatego nie wybijają nowymi, silnymi pędami. U niektórych gatunków letnie cięcie powoduje jednak powstanie nowych przyrostów np. płaczącego u wiązu górskiego, czy u katalpy. Ale od lipca do listopada nowe gałązki zdążą zdrewnieć i przymrozki im nie zaszkodzą.

fot. sabina zając

 

Błyskawicznie nadeszła wiosna, a nasz ogród opanowały ropuchy. W stawie jest ich chyba kilkadziesiąt. Trwa walka o wolne samice, bo samczyków jest znacznie więcej niż wolnych ropuszek. Nie przeszkadzamy im, bo pomagają nam w zwalczaniu szkodników. Ale chodząc po ogrodzie, trzeba uważnie patrzeć pod nogi.

Na najbardziej nagrzanej  stronie stawu są już długie sznurki czarnych koralików - efekty miłosnych igraszek ropuch. Ale walka o wolną samicę nadal trwa. Zwycięzcy potężnymi uderzeniami tylnych łap odpychają konkurentów ani na chwilę nie zwalniając silnego ucisku partnerki. A samotni, atakowani przez ogarniętych miłosnym zapałem innych samców, głośno "kwaczą" , by przez pomyłkę nie stać się obiektem gwałtu.

Przy okazji suszenia jabłek, skórki do tej pory obieraliśmy i wyrzucaliśmy, bo nie wszystkim domownikom odpowiadały.   Tymczasem każdy wie, że to co jabłko ma w skórce i tuż pod nią jest najcenniejsze. Zaczęliśmy więc skórki suszyć i mielić na proszek. Można go dodawać do herbaty zamiast cytryny, jeść łyżeczką dla zdrowia, dodawać do napojów gazowanych. Ważne by nie parzyć wrzątkiem.

A pożytki z takiej skórki są wyjątkowe. Zawiera bowiem kwas o właściwościach przeciwnowotworowych (kwas ursolowy), ale także przeciwcukrzycowych, obniżających cholesterol. Ale ten kwas znajduje także inne, zaskakujące zastosowanie: można go używać jako naturalny steryd chroniący przed zanikiem masy mięśniowej, a u osób sprawnych poprawie przyrost mięśni z jednoczesną redukcją tłuszczu.

Przy okazji, ponieważ w skórce jabłka jest nawet kilkakrotnie więcej cennych minerałów niż w miąższu, korzystając z suszonych i sproszkowanych skórek dostarczamy organizmowi niejako skondensowanych witamin.

 

 

Ważne, by skórki suszyć w temperaturze nie wyższej niż 40 st. C. Trzeba się także trochę przy tym napracować. Z pięciu kilogramów jabłek uzyskaliśmy zaledwie 1/4 litra skórkowego suszu. Ale za to zamiast na siłę pakować w siebie jabłka, używamy po łyżeczce do herbaty zaledwie raz dziennie.

Czy to wystarczy? Okaże się za kilka miesięcy. Nie zależy nam na szybkim zbijaniu tłuszczu, modelowaniu sportowej sylwetki, a jedynie na podwyższeniu odporności i zredukowaniu naturalnego zimą przyrostu tłuszczu, w okresie gdy ogród odpoczywa.

Nie dotarliśmy wprawdzie do żadnych badań porównujących zawartość witamin i kwasu ursolwego w skórkach różnych odmian jabłek, ale jak już sprawdziliśmy organoleptycznie odmiany twarde są zdecydowanie bogatsze w witaminę C, a np. delikatne kosztele dają proszek o smaku -  znanej starszym z dzieciństwa - lemoniady: jest słodkawy i delikatnie kwaskowy.

Preparaty z kwasem ursolowym polecają na swoich stronach miłośnicy sportów siłowych, gdzie można znaleźć wiele ciekawych informacji na jego temat.

O szerszych zastosowaniach tego kwasu, w który są bogate skórki jabłka można przeczytać: tv.biotechnilogia.pl/farmacja/doniesienia naukowe/kwas -ursolowy-nie -tylko steryd,12487

fot. sabina zając