fot. sabina zając

 

Lubię wędzenie, nawet gdy potem niewiele zjem z tego co uwędziłem. Mam przyjemność z rozpalania ognia, potem wdychania dymu, którym przechodzę na kilkanaście godzin, a nawet kilka dni.

Nasza wędzarnia do tej pory przeznaczona była do mięs i owoców wędzonych na gorąco. Brakowało osobnej, dla ryb. Te bowiem nie można wędzić tam gdzie mięso, bo wówczas każdy kawałek szynki, polędwicy, boczku będzie przesiąknięty zapachem ryb.

W miniony weekend rozwiązałem problem. W komorze nad paleniskiem wywierciłem otwór o średnicy 10 cm. Na komorze nadbudowałem drugą, drewnianą ze zwykłych desek podłogowych. Nie musi być szczelna, bo ryby są smaczniejsze wędzone na zimno, w temperaturze nie wyższej niż 25, góra 30 st. C.

Zamiast montowania drzwiczek użyłem... fartucha spawalniczego, który wieszam na froncie. To pamiątka po ojcu. Prawdziwa, świńska skóra. Latami leżał gdzieś w budynku gospodarczym i czekał na swoją kolej.

Pierwsze wędzenie idealnie się sprawdziło. Ryba była rozłożona na podwieszonym ruszcie o regulowanej wysokości. Przez 12 godzin, bez dokładania drewna,  utrzymywała się stała temperatura 25 - 28  st. C. i pstrąg, który poszedł na pierwszy ogień, a dokładnie pierwsze wędzenie, po 16 godzinach w komorze wyszedł super delikatny, pięknie pachnący jabłoniowym dymem.