Bocian w ekologicznym, biodynamicznym ogrodzie to oczywistość. Nie tak łatwo jednak sprawić, by u nas osiadł. Możemy mu w tym pomóc.

 

 

Takie oswojenie bociana możliwe jest tylko wtedy, gdy nid zdążył przed zimą odlecieć do ciepłych krajów lub wychowany był przez człowieka od maleństwa. / fot. marta zając

 

Po to by zaprosić do siebie bociana wystarczy mieć w ogrodzie martwe drzewo na którym osadzimy pod wierzchołkiem, zębami do góry, starą bronę (lub koło od wozu). Zęby wewnętrzne lepiej usunąć, ale możemy też narzucić na nie gałęzie i darń.

 

 

Bociany chętnie zlatują się na pola lub wilgotne łąki. /fot. sz

 

Taka konstrukcja powinna być dobrze zaklinowana, by wytrzymać do pół tony obciążenia, a do tego znajdować się na tyle wysoko, by konary nad nią nie wystawały, bo to może bociana zniechęcić. Powinna być to swoista platforma widokowa, z której nasz ulubiony ptak będzie obserwował okolicę.

 

Może być przy samym domy, ale z żerowiskiem: mokrymi łąkami, stawami, odległymi nie więcej niż kilkaset metrów.

 

 

O gniazda w dobrej okolicy często bociany toczą walkę, te z kiepską lokalizacją, latami są puste. / fot. marta zając

 

Nie zalecamy zakładania bocianiego gniazda bezpośrednio na domu, chociaż to piękny widok i satysfakcja dla właścicieli. Ale jeżeli mamy budynek pokryty ładną dachówką, to szybko będzie cały upaprany bocianimi odchodami, które przy okazji do pachnących nie należą. Są też żrące tak jak inne ptasie i blacha szybko skoroduje.

 

Jeżeli zatem gniazdo na budynku, to raczej musi typowy wiejskim domu lub stara stodoła czy budynek gospodarczy. Możemy na nim zbudować z okrąglaków (lub kantówek) o średnicy ok. 12 cm platformę o wymiarach ok. 1,2 x 1,2 m. Taką platformę najrozsądniej umocować na słupie, bo wówczas stosunkowo łatwe będzie sprzątanie odchodów z okolicy.

Wiosną, w Polsce zlatuje około 20 - 30 tysięcy par. O niektóre gniazda boćki walczą, bo uważają je za szczególnie atrakcyjne. Inne omijają.

 

 

Wbrew pozorom bocian z kurami się nie pożywi, przede wszystkim jest ptakiem mięsożernym, drapieżnym, a poza tym do wyżerki potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. / fot. marta zając

 

Gdy mają młode, potrzebują dostarczyć im codziennie ponad 2 kilogramy dżdżownic, żab, ryb, kijanek, myszy, norników i innych drobnych zwierząt. A i same muszą też jeść. Dlatego nawet najlepiej zbudowane gniazdo nie skusi je jeżeli ocenią, że okolica jest uboga w potrzebny im pokarm. Natomiast jeżeli raz je skusimy, by osiadły w naszym gnieździe, będą do niego wracać nie tylko „rodzice”, ale także dorosłe potomstwo, które lubi osiadać w pobliżu miejsca urodzenia.

 



 

Inspiracja czy skrajny konsumpcjonizm? Miniaturowe pojemniczki z maleńkimi, żywymi roślinkami, które można nosić w kieszeni, przywiesić do kluczyków samochodowych, lub postawić na biurku. To zadziwiający gadżet... żywy. Wymagający pielęgnacji nie jest tym samym co wirtualne ogrody i pielęgnowane w komputerze zwierzątka.Może żyć i umiera faktycznie. Ale czy ogród można wcisnąć w miniaturowy flakonik. A może tylko to nam wkrótce pozostanie. Z drugiej strony... w wiktoriańskiej Anglii ekskluzywne paprocie wymagające subtropikalnego klimatu uprawiano w czymś co przypomina dzisiejsze terraria czy akwaria. Były to bogato zdobione, oszklone skrzynie Warda, gdzie cały ogród mieścił się na stoliczku. Może więc warto pomyśleć o flakonie, do którego wsadzimy miniaturowe, zielone żywe roślinki? Artykuł do którego odsyłam dla mnie jest mino wszystko inspirujący.

http://m.interia.pl/kobieta/news,nId,767391

 

Pustynnik wąskolistny czyli Igła Kleopatry/fot. marta zając

 

Namiestnik podbitego Egiptu zrobił królowi angielskiemu, Jerzemu IV prezent: kazał zdemontować w Aleksandrii i przewieźć do Londynu ogromny, 20 metrowy obelisk poświęcony bogowi słońca – Re. Złodziejski łup – bo trudno to inaczej nazwać – przewoził statek nazywający się Kleopatra. Niewiele brakowało, by statek z obeliskiem zatonął bodajże w Zatoce Baskijskiej. Ale dotarł do stolicy imperium brytyjskiego i stanął nad Tamizą, gdzie wszyscy oglądają i podziwiają coś co każdy inny rabuś bał by się pokazać publicznie. Historia ta wiąże się z pochodzeniem nazwy pięknej, ogrodowej byliny: Igły Kleopatry.

 

Odmiana ekskluzywna: pustynnik ałtajski/fot. marta zając

 

Nie ma ona żadnych walorów użytecznych, nie pochodzi z Europy, lecz z Azji i jest nieprawdopodobnie piękna. Sadzimy ją na piachu, bo pochodzi z pustynnych rejonów, ale wiosną intensywnie podlewamy, bo pewnie w naturalnych warunkach jej intensywny wzrost przypadał na porę deszczową. Kłącza przypominające macki ośmiornicy sadzimy do ziemi jesienią. Podziwiając wiosną gigantyczne, nawet ponad metrowe kwiatostany na ogromnych łodygach sięgających do dwóch metrów, warto przypomnieć sobie o pochodzeniu nazwy rośliny, bo jest to żywy przykład na to, że złodziejstwo jednak się opłaca. Wiedzą o ym zresztą liczni ogrodnicy, który mówią że ukradzione rośliny lub sadzonki najlepiej się przyjmują.

 

 

Po przekwitnięciu Igła Kleopatry też jest piękna/ fot. marta zając

 Gdy zawodzi nas wzrok, słuch, wysiada pamięć, ostatnim organem sprawnym może być węch. Ogrody zapachowe mogą być formą terapii nie tylko dla ciężko chorych, żyjących jak roślinki, ludzi.

Gdyby to powiedział jakiś nawiedzony ekolog, pewnie bym potraktował to jako metaforę. Ale profesor, genetyk, fizyk i do tego żaden jakiś tam miłośnik roślin, ale pragmatyk patrzący na użyteczne wartości roślin, który chce ich mądrość wykorzystać. Żadnych sentymentów. Ale właśnie dlatego warto poczytać po mówi. Niżej tylko fragment wywiadu. Na końcu odesłanie do linku gazety Wyborczej, gdzie jest pełen tekst do przeczytania i pomyślenia.