Gdyby nie szkółkarze pewnie nie spotkalibyśmy pewnie w naturze długosza królewskiego, bardzo rzadkiej paproci wpisanej do czerwonej księgi roślin zagrożonych wyginięciem. Ale kupiliśmy ją i od kilku lat rośnie w naszym ogrodzie. Niestety, chociaż w naturze, w sprzyjających warunkach jest ona w stanie osiągnąć nawet półtora metra wysokości, u nas jest mikra bo zaledwie półmetrowa. Być może ma za sucho, albo za dużo słońca, a lubi wilgotny cień. Ale przesadzać jej nie będziemy, bo bardzo źle znosi ten zabieg.
Długosz królewski swoją łacińską nazwę wziął prawdopodobnie od groźnego boga Thora, patrona burz, ale także opiekuna rolników, władającego tak potrzebnymi ziemi deszczami. A tak przy okazji Thor to postać z nieco mrocznej subkultury Gothów.
Ale wracając do długosza królewskiego, w porównaniu z innymi paprociami wyróżnia go miejsce rozmieszczenia zarodników. U powszechnie znanych są one umieszczone na spodzie liści. Natomiast u długosza liść dzieli się na dwie części: dolną która służy odżywianiu rośliny i górną, zawierającą ogromną ilość zarodników zebranych w rodzaj kłosa. Gdy dojrzewają są ciemnobrunatne. Wówczas paproć wygląda szczególnie pięknie. Ta cecha była prawdopodobnie właściwa dla prehistorycznych pra-paproci.
Co zrobić, by w ogrodzie zapewnić im idealne stanowisko? Powinny rosnąć na ziemi kwaśnej, podmokłej, cienistej, w pobliżu zbiornika wodnego zapewniającego wilgotne powietrze, obniżającego temperaturę latem, łagodzącego skutki ostrej zimy w czasie jej największego nasilenia. W naszym ogrodzie najtrudniej o bardzo mokrą ziemię, dlatego dodajemy do długosza dużą ilość bentonitu.
fot. sabina zając